Recenzja filmu Inferno

Inferno to kolejny (trzeci) film oparty na prozie Dana Browna, wyreżyserowany przez Rona Howarda. Seria książek tego autora i ich ekranizacji opowiada o perypetiach profesorach Roberta Langdona- sławnego specjalisty od wszelkiego rodzaju symboli (w tej roli Tom Hanks). Nie należy się jednak obawiać powiązań pomiędzy poprzednimi częściami a Inferno, bo takowe praktycznie nie występują. Można bez obaw wybrać się do kina bez ich znajomości. Należy się jednak zastanowić czy warto.

 

Film rozpoczyna się przebudzeniem Langdona w jednym z włoskich szpitali. Ma ranę na głowie i nie może przypomnieć sobie niczego z ostatnich 48 godzin. Profesor nie ma jednak czasu na powrót do zdrowia. Okoliczności zmuszają go do ucieczki ze szpitala, w czym pomaga mu Sienna (Felicity Jones), lekarka. Przez pierwsze 30 minut akcja jest ciekawa i wartka.. Na profesora polują rożne stowarzyszenia. Chcą one uzyskać pomoc w odlezieniu broni, która może doprowadzić do śmierci połowy ludzkości. Niestety, im dłużej film trwa, a profesor przypomina sobie coraz więcej, tym film staje się coraz bardziej nudny i przewidywalny. W porównaniu do poprzednich części wypada po prostu blado. W kilku kwestiach Inferno jednak nie zawodzi. Są to między innymi wartości turystyczne i poznawcze. W filmie zobaczymy piękne ujęcia kręcone we Florencj i w Wenecji.
Reasumując, Inferno jest filmem, którego nie można polecić z czystym sumieniem. Gra aktorska jest taką, jaką można oczekiwać po aktorach takiego formatu jak Tom Hanks, czyli super, ale jest równoważona przez nudny i przewidywalny scenariusz. Jeśli ktoś jest miłośnikiem Dana Brown albo Toma Hanksa, polecam film nawet w wersji DVD, a wszyscy inni niech sami ocenią jego wartość.

Moja ocena: 3/6: Jakub Szarłat, Ia LO (kółko dziennikarskie)